Po Bożym Ciele

 

Parę dni po Uroczystości Bożego Ciała, piszę ten tekst, mając znów mieszane uczucia. Z jednej strony powinienem cieszyć się z faktu, że tłumy ludzi wyszły na ulice w procesjach ku czci Eucharystii. Nawet media lewicowe i liberalne, nie mogły tego nie zauważyć i pisały o fenomenie. Tyle hejtów, fejków i wstrętnych artkułów pod adresem Kościoła, biskupów i księży (niektóre niestety prawdziwe), a tu proszę: jeszcze więcej ludzi na liturgiach, procesjach. Absolutne zaskoczenie, a co więcej wściekłość środowisk antykościelnych. A więc radość, zwycięstwo, po prostu sielanka. Czy rzeczywiście mamy powody do świętowania?

 

Z drugiej strony, mam pewne obawy. Oglądając zdjęcia z procesji w całym kraju, trudno nie zauważyć, że uczestnicy to duchowieństwo, starsi ludzie, małe dzieci z rodzicami. Młodych ludzi niezwykle mało (sic!). Nie mam wątpliwości, że wielu z nas przyszło na procesje ze względu na potrzebę wynikającą z wiary. Jednak z historii naszego narodu wiemy, że przekora jest mocną stroną nas Polaków. Myślę więc, że motywacja celebrowania tego święta to mieszanina wiary, patriotyzmu i przekory. Oczywiście, nie trzeba z tym zgadzać się. Nie ukrywam jednak, że martwi mnie fakt „luki pokoleniowej”. Zatem co zrobić?

 

Idąc w centralnej procesji krakowskiej, miałem nieodpartą refleksję, że mijamy się z młodzieżą w sferze komunikacji. Długie przemowy, kazania, katechetyczne wykłady lub „kancelaryjne pouczenia” nie służą wejściu w skuteczną interakcję z młodym człowiekiem.  Jeśli nawet są to niezwykle erudycyjne słowa, nie trafiają do młodego człowieka wychowanego na „fejsie” Tik Toku oraz youtubie. Natychmiastowość i bycie pokoleniem „stand by” sprawiają, że kapłan, ale także i biskup mija się z potrzebami i oczekiwaniami młodego człowieka. Potrzebujemy „autoreformy”  w  przekazie siebie.